środa, 10 stycznia 2018

przedswiateczna historia o świątecznym handlowaniu.

"Jestem tylko przechodniem
na tle wybranego miasta,
mam pierosy i drobne
i dziurę w kieszeni płaszcza."

Raz Dwa Trzy

Wróciłam na poczatku grudnia kompletnie spłukana. Zanim przyjechalam do Lublina siedzialam przez kilka dni w Busku u moich rodzicow. A poniewaz przyjechałam w okresie przedświątecznych przygotowań do konkursu choinkowegom zorganizowanego przez moja mamę, pracy bylo sporo. Wypychalysmy brzuski, przyklejalysmy skrzydelka i przyszywałyśmy guzikowe oczy. W tym roku choinka szkoły mojej mamy ustrojona miala byc pluszowymi ptaszkami. W ruch poszly nożyczki, stare bieżniki, sukienki i spodnie od pidżamy. Mialo byc kolorowo! Ptaszek w zielone listki mial skrzydelka w niebieskie kropki a ten w gwiazki- skrzydła miał złote. Prawie wszytskie, niezmiennie tylko miały czarne guziki zamiast oczu. Przez kilka dni każdy wieczor spędzałam razem z mamą przy ptasiej manufakturze. Minęło wiele miesięcy od kąd się z nią widzialam po raz ostatni, bylo to więc dla mnie bardzo przyjemne i relaksujace zajecie, tym bardziej, że mój dom rodzinny jest najprzytulniejszym miejscem świata! Przy pomocy zaangazowanych rodzin uczniow mojej mamy, ktorzy w swoich domach takze stworzyli małe fabryki, i dostarczali swoje prace, po kilku dniach na sypialnianym łóżku leżało kilkaset kolorowych ptaszków z pękatymi brzuszkami.

Wyjeżdzajac z Buska mama zaproponowała, żebym wzieła kilka ptaszków i spróbowala je sprzedac na jarmarku świątecznym, ktory co roku w Lublinie połaczony jest z gielda staroci na Starym Mieście w ostatnią niedzielę przed Bożym Narodzeniem. Żebym wziela te przy ktorych pracowałam. A nóż sobie zarobię pare złotych! Wziełam więc.

W tym roku kompletnie nie czulam atmosfery swiąt. Wróciłam do Polski troche oszołomiona. Przeżywałam coś w rodzaju depresji popowrotowej. Wrocilam bez pieniedzym okazalo sie ze Lublin nie wyglada tak jak kiedys. Seweryn i Kazik zafundowali sobie śluzę adaptacyjną. Nie wrocili od razu do realiow ktore zostawili w Lublinie. Kaśka siedziala w domum rodzinnym, Sewi pojechal do Obozu dla Puszczy czego nieznosnie mu zazdrosciłam. Wiec z naszej bandy zostalysmy z Palestyna tylko we dwie jako te ktore stawiaja pierwsze kroki w starej nowej przestrzeni. Tylko moj zapach pozwalal jej stwierszic ze wszystko gra, wszystko inne sie nie zgadzalo. Nowe mieszkanie, samo centrum Lublina, pokoj przejsciowy. Wiec Palestyna duzo szczeka i probuje sie przyzwyczaic. Wrocilam na chwile do pracy ktora zostawilam przed wyjazdem. Czyli: tadam! Smażenie burgerów w wegańskiej burgerowni. Zawsze czulam sie super seksi stojac w zadymionej kuchni . Jedną ręką podpierając bokm a druga przekladajac ze strony na stronę roslinne burgery. KU CHWALE ŻYWYCH ZWIERZĄT!  Z ciasno zwiazanymi wlosami, czarnym fartuszkiem przewiazanym przez biodra w otoczeniu ekipy swiadomej praw zwierząt. Z szefostwem w postaci anarchistów z krwi i kosci. Teraz wrocilam tylko na chwile a w radiu rmf classic nadawali tylko świąteczne kawałki. Szlag mnie trafiał. Ile mozna tej radosci . I w co czwartej piosence ten plomienny okrzyk: "i don't care about the presents", który przypominal mi o tym , ze w tym roku bede musiala chyba cos zaspiewac, bo nie stac mnie nawet na bilet do domu. I te sweterki we wzory. Bylam oszolomiona i zastnawialam sie co mnie teraz czeka po powrocie, Jak wyjeżdżaliśmy myslalam ze bedzie to trwalo wiecznie. Jeszcze dwa tygodnie temu pilam piwo w nocy pod sklepem siedzac pod owocującym drzewem cytrynowym w głębi Portugalii. Wieczor był rześki, ale ciepły. Nie myślałam co bedzie po powrocie. A tu nagle: piosenki swiateczne, "śledziki", "co planujesz w sylwestra?" i plucha.

Nie czułam też świąt jak rozkładałyśmy z Olą swoje stanowisko. Namowiłam Olę, żeby na jarmarku świątecznym rozłożyla się razem ze mną. Ja spróbuję sprzedać pluszowe ptaszki, ona robione przez siebie perfumy naturalne (btw. kompletny czad!) Po pierrwszej godzinie pracy dostalam sms'a od Seweryna: "Idą jak świeże bułeczki?".  Odpowiedziałam, że jak wczorajsze drożdżówki, co niestety było zgodne z prawdą.  Potem było trochę lepiej. Zmieniłyśmy stanowisko i zamiast stać przy liceum Unii Lubelskiej, stanęłyśmy pustej witrynce niedziałającej już restauracji na starym mieście (tak poradził nam pan sprzedający materiałowe koty i koziołki. To przestrzeń bezpieczna -powiedział. "Nikt sie do was nie doczepi jak będziecie stały na schodach". Po kilku godzinach jak w kieszeni miałam około 70 złotych, podeszła do nas starsza pani. "A ja przyzszłam sobie zobaczyć". I zaczęła opowiadać. Przez wiele lat pracowała w lubelskiej fabryce zabawek "Bajka", opowiadała ze szczegółami jak pracowała przy taśmie produkcyjnej. Robiła zwierzątka-przytulanki, kolejki i świąteczne zabawki, Otworzyła pudełko po butach, które ciągle trzymała w reklamówce z lidla, którą ściskała w ręce jak skarb. "Widzi Pani, mineło wiele lat od kąd jestem na emeryturze a ja nie mogę przestać robić zabawek. Stara wariatka ze mmie! Wspomni kiedys pani starą wariatkę która zamiast spać robi zabawki, Ludzie nie wiedzą co ładne! Stałam probowalam cos sprzedac, 3 zlote sztuka. Żeby mi się zwróciło za zakupy w pasmanterii, bo raz po raz idę i wydaje 70zł, 100zł." Gdy babcia otworzyła pudelko po butach miałam wrażenie że spadł na nas deszcz różnokolorowego konfetti. Ukazała przed nami mały cyrk w pudełku. Starsza kobieta robiła baśniowe stożkowe karuzele z koralikow, kartonu i metalicznego papieru samoprzylepnego z którego wycinała regulane kubistyczne wzorki. Były bajecznie kolorowe. Kojarzyły mi się z cyrkiem, kremlem i chorągiewkami modlitewnymi wieszanymi na wzgórzach Tybetu. Maleńki majstersztyk. Kupiłyśmy trzy. Do teraz żałuję, że nie wzięłam ich więcej. (Może jeszcze kiedyś nasze ścieźki się skrzyżują?) Jak dawałyśmy jej dyszkę powiedziała: "O jaka ładna dyszka! Macie wiecej takich ładnych?" -spojrzałyśmy na nią badawczo - "Mój prawnuczek, Mieszko, ma dziś pierwsze urodziny. I co ja mu mogę dać jak emerytura mała? Dam mu sto złotych ale w dziesięciozłotówkach, bo Mieszko dla Mieszka. Chociaz tyle moge dla niego zrobić. I uzbierałam 9 ładnych, ale jedną mam brzydką, pogiętą. W sklepach pytam, ale mówią, że nie mają. No nic! Dobra dziewczyny! Nie zagaduję! Wspomnijcie starą wariatkę co zabawki po nocach robiła, wesołych świąt."

Kolejną osobą którą mijałam i która zapisała mi sie na tego dnia w głowie była bezdomna kobieta. Siedziala w bramie. Obok siebie, jak psa, miala torbę z rzeczami. Przed sobą blaszany kubeczek z drobniakami i kilka rzeczy robionych na drutach. Czapki i skarpetki. W sumie może cztery sztuki.  Jak ją mijałam po raz pierwszy miałam jeszcze puste kieszenie. Podeszlam do niej jak opuściłam na chwile nasz punkt sprzedaży, żeby wyjść na spacer z Palestyną.  Mówila do psa barszo czule, glaskala ja delikatnie, mowila cos pod nosem - po chwili zorientowalam sie, że mówi po niemiecku, spytalam za ile chce sprzedac czapkę. Pomarańczową czapkę w kształcie stożka z lichym, żadkim popmonem na czubku, byla urocza! Na myśl przywodziła mi ilustracje Phoebe Wahl. Zresztą ten dzień i nasze bajeczne stanowisko z sekretarzykiem pożyczonym od Emki, ktorego szufladki wypełnione były ptaszkami i fiolkami z ciemnego szkła wygladalo jak z jej ilustacji (-klik-). Powiedziala coś pod nosem po niemiecku i po chwii odpowiedziala pytaniem czy mozemy rozmawiac po angielsku. Okazalo sie ze jest niemką, spytalam sie czy jest podrozniczka, usmiechnela sie i przytaknęła. Przymierzyłam czapkę przeglądając się w witrynie restauracji. Sterczała do góry a ja wyglądałam jak pachołek uliczny. Brakowało mi tylki białych poprzecznych pasków. Wróciłam z psem na nasze stanowisko. Jak sprzedałam kilka ptaszków pobiegłam, ostatni raz przymierzyłam czapkę. Biorę. Zaraz zobaczyłam, że wstaje i zbiera swoje rzeczy. Po poł godziny mijając nas z uśmiechem wracała z zakupami, facet ze stanowiska z kotami krzyknął do niej po anigielsku, żeby zostawiła sobie zakupy na drugi dzień, bo zaraz na rynku, będzie wigilia dla bezdomnych i będą ciepłe posiłki. Myślałam o niej dużo. Jak wieczorem opowiadałam przy barze w Opium o kobiecie, dowiedziałam się że jest to już nowa postać kultowa, że przez całe wakacje siedziała w bramie, że zna dużo języków. jak na osobę bez domu bardzo czysta, zadbana i miła, ale jak jej ktoś proponuje prysznic lub nocleg to odmawia. I jak ona sie znalazła w Lublinie?

Po Starym mieście chodziły tez jak zawsze kociary. Moje ulubienice. Jedna z nich jest wysoka i chuda. Ma fioletowe włosy i okulary które powiększają jej oczy. Z ust nierowno pomalowanych szminką wysokim głosem pobrzmiewa, że "mruczki, puszki i azorki" czekają na pełną miskę i uśmiecha się serdecznie dzwoniąc puszką zaklejąną wycinkami z gazet ze zwierzętami.Ile blaszakow mam w kieszeni tyle wrzucam. Zawsze. Tym razem wartę pełniła jej koleżanka z fundacji. Z dlugim ponczem i krótkimi włosami rozrzuconymi na wszystkie strony. Wyglądała jak nauczycielka Quiddicha z pierwszej części Harrego Pottera. I ewidentnie, żyła w tym samym pałacu iluzji co jej przyjaciółka z fiołkowymi włosami.

Tak więc, po całym dniu na mrozie, w kieszeni zostało mi może 50zł. Jednak myślę, że całkiem pożytecznie roztrwoniłam mniej więcej drugie tyle ;-)

Nie martwilam sie tym że moje ptaszki nie cieszą się specjalnym zainteresowaniem. Nie traktowalam ich ambicjonalnie. Cieszyłam się ze Oli biznes kwitnie. Sprzedała większość buteleczek które przygotowała na ten dzień. Ola jest niesamowitą postacią. Czlowiek czynu! Studiowała "robaki", biega maratony ma swój własny ogródek permakulturowy. Przy okazji robi perfumy mieszając naturaleolejki eteryczne, jest przewodnikiem po Bieszczadach, a w te wakcje przejechala wschodnia granice polski na rowerze trasą geernvelo.Ma dlugie, lśniące, rude wlosy i najbielszy uśmiech lubelszczyzny. Zawsze czyste i rowne paznokcie, Jest bardzo elegancka i taktowna a przy okazji strasznie równa i bezpośrednia z niej babeczka. Od niedawna jest też- UWAGA UWAGA! Morsem. No i moją nową koleżanką ;-) Aż wstyd przy niej nic nie robić!

No dobrze, czas kończyć to świąteczne wspomnienie i charakterystykę czterech kobiet. Ide pod prysznic, a na koncu sprobuje polac sie zimną wodą. Obiecalam Oli, że zastanowię się czy nie zrobię z nią, drugiego styczniowego, zanużenia z lubelskimi morsami. ;-)

niedziela, 24 grudnia 2017

Zapiski z podróży cz.4

"Niedziela, ok. 30.09.2016 *

Dostałam kiedyś od Amelii podziurawiony kamień. Przywiozła go z Finlandii z jakiejś wyspy. Na tej wyspie podobno, Tove Jansson pisząc Muminki - inspirowała się przyrodą. Kiedyś na tą wyspę spadł meteoryt i w miasteczku jest wielka dziura, którą przyjeżdżają sfotografować dzicy turyści.

 Amelia mówiła że siedzieli sobie przy morzu i patrzyli w dal, a na wodzie pływały łabędzie. Przez kilka godzin ich rozkołysane głowy zwrócone były w stronę horyzontu. Amelii teoria jest taka, że Tove wymyślając postaci hatifnatow, inspirowała się dlugimi szyjami tych ptaków. Ten podziurawiony kamień znaleźli właśnie tam. Amelii ojczym powiedział, że to kosmicka biżuteria, która spadła razem z meteorytem . Teraz siedzimy nad oceanem. Serfowalismy. Tu też jest pełno dziurawych kamieni.

[dopisek z boku pofalowanej od wody kartki]

Surfowanie na prawdę mi się spodobało i czuję, że byłabym w tym dobra. Asia dziś wyjeżdża. Palestyna uprawiała seks na plaży. Sprzęt pożyczyliśmy od gościa z ksywą Yellow. Około 50 lat, krzywe zęby, wielkie ramiona, duży brzuch i wąski tyłek, który doskonale prezentuje jak spodnie spadają mu z dupy. Chodzi w szelkach i spranej zgniło-zielonej koszulce z piracka flagą. Poplatane wiatrem włosy, wypłukane ma ze wszystkiego co zdrowe. Słońcem i słoną wodą. W jego kanciapie wiszą zdjęcia z jego młodości, z jakiegos konkursu serferskiego w Meksyku. Fajnie byłoby się się nim zaprzyjaźnić."




*oczywiście pomyłka, -rok był 2017

piątek, 15 grudnia 2017

historia o smutnym fotografie

Po powrocie nagromadziło mi się bardzo dużo papierkowej roboty i sporo "dorosłych" obowiązków. W między czasie zgubiłam dowód i prawo jazdy- to po pierwsze. Od dwóch lat nie odebrałam jeszcze dyplomów ze studiów- to po drugie. Jako już prawie trzydziestoletnia baba muszę zarejestrować w Urzędzie Pracy - to po trzecie.

Czułam się jakbym przyszła przebrana za Myszkę Miki jak w ubiegłym roku po raz pierwszy przekroczyłam wrota do Urzędu Pracy w Lublinie. Czekałam dwie czy trzy godziny w kolejce a wyszłam po trzech minutach z karteczką-klejką z logiem Miasta Lublin i notatkami co muszę wziąć ze sobą następnym razem oprócz ślicznego uśmiechu i dowodu osobistego. Pani zza biurka patrzyła na mnie, jakbym na głowie miała jakiś głupi kapelusz albo swastykę narysowaną na czole. Na pewno z niechęcią ale zaryzykowałabym też stwierdzeniem, że z odrazą - jak wyciągałam dowód osobisty z puszki po cukierkach, która zastępuje mi portfel. Poczułam jakbym się zderzyła się z ciężarówką. Jakbym próbowała zrobić pierwszy krok w dorosłe życie i potknęła się się na własnym sznurowadle. Nic nie wiedziałam.

- Skończyła Pani jakieś studia? 
-  Tak. Dwa kierunki. -odpowiadam z dumą. 
- Poproszę dyplom. 
- Nie mam. 
- Dlaczego?
- Nie wiem.

- W grudniu gdzie pani pracowała?

(i tu kobieta spisuje moje nazwisko z dowodu i wklepuje w system.  W komputerze rozwija jej się cała lista prac, które wykonywalam. O których pamiętam tyle, że ciągle pracowałam, raz tu raz tam, czasem i tu i tam w tym samym czasie, ale nigdy nie zatrzymywałam żadnych papierów, dokumentów, umów. Traktowałam je jak śmieci bo pracowałam tylko po to, żeby mieć za co zapłacić za mieszkanie, nakarmić koty i kupić co najwyżej wino i parę szmat w ciuchlandzie.)

- Nie wiem.

Ja nie wiem nic. Nie wiem co mogę powiedzieć co nie. Czy zaraz na sygnałach nie przyjedzie policja? Przecież często nielegalnie pracowałam w tych wszystkich "barówach". Nie jestem w stanie powiedzieć w której pracy miałam umowę w której nie. Ile czasu gdzie pracowałam. Nie pamiętam. Okazało się, że muszę mieć przy sobie dyplomy plus wszystkie swoje umowy lub zaświadczenia z miejsc w których pracowałam. Dodatkowo, jak chcę robić staż w Lublinie - muszę być tu zameldowana. Nie wiedziałam, że to tak wygląda i nie myślałam, że moje życie wygląda jakoś dziwnie. Po prostu je przeżywałam. A czułam się jakbym przez ten czas była w kosmosie. Wiedziałam tyle że przez te dwa lata zamiast odbierać dyplomy zjechałam dwa razy zygzakiem Francję. Zjechaliśmy wybrzeże Hiszpanii, i wjechaliśmy w jej głąb. Jeździliśmy po wielkich tłocznych miastach i pustkowiach Portugalii. Zjeździłam z plecakiem na plecach, autostopem całe Włochy i Ukrainę wzdłuż i wszerz. Eksplorowałam najodleglejsze zakątki Izraela i Palestyny poznając i zaprzyjaźniając się z mieszkańcami. Związałam się sercem z Obozem dla Puszczy Białowieskiej i spędziłam tam dwa tygodnie ostatniego miesiąca. Ostatniego miesiąca przed ostatnim wyjazdem z Lublina. Brałam udział w blokadzie i zaczęłam bardziej świadomie, jako obywatel, patrzeć na wiele spraw. Przeczytałam masę książek, zaczęłam interesować się polityką i czytać gazety. Przestałam być zbieraczem i zaczęłam wyrzucać, w pewnym momencie już maniakalnie wyrzucać niepotrzebne rzeczy. Byłam na kilku festiwalach filmowych i nadrobiłam braki w   nieobejrzanych filmach. Ale czemu nie odebrałam dyplomu? Nie wiem.

Na razie wróciłam i jestem otwarta na wszytskie pomysły, które głowa mi podsuwa. Myślę, żeby się ubiegać w jakiejś lubelskiej instytucji kulturalnej o staż. Więc będę musiała, może tym razem bardziej przygotowana, zderzyć się po raz drugi z INSTYTUCJĄ URZĘDU PRACY.

Dlatego,  że te wszystkie urzędy i dokumenty to nie tylko strata (srata-tata) czasu i nerwów ale i strata pieniędzy, postanowiłam trochę zaoszczędzić. Zdjęcia do dyplomu zrobił mi Seweryn. Wyczytałam wszystko co i jak. Że zdjęcie ma dość swobodne ramy. Tło musi być jednostajne, ja buzię muszę mieć obróconą bokiem, a wymiary mają być 4,5x6,5. I to tyle. Nic trudnego. A, że 4,5 razy dwa to 9, a 6,5 razy dwa to 13. Więc 4 zdjęcia zmieszczą się na najmniejszym formacie zdjęcia do wydruku. Na formacie 9x13. W domu wszystko poustawiałam, Seweryn w Photoshopie usunął mi kolczyk (bo pani w dziekanacie, powiedziała, że absolutnie zabronione są kolczyki w twarzy na dyplomie). Wszystko było Fertig! Zapisałam zdjęcie na nośnik, i nieszczęśliwie nazwałam je DYPLOM.

Poszłam do fotografa na Zielonej. Młody chłopak stał za ladą i przywitał mnie z uśmiechem. Na szklanej półeczce za nim stało mnóstwo eksponatów w formie starych analogowych aparatów i długich, szklanych obiektywów. Za mną, na ścianie - zdjęcia ślubne sprzed 20 lat, zrobione najprawdopodobniej na zapleczu tego zakładu z palmą w doniczce i fototapetą, przedstawiająca średniowieczy zamek, w tle. Grzebiąc w torbie, mruknęłam że chce wydrukować dwa zdjęcia które mam na pendrajwie.

- Macie rozmiar 9x13 wydruków? 
- Tak. 
- To super. 
- Które to zdjęcie. 
- O to. To podpisane dyplom. Dwie odbitki. Ile to będzie? 
- 2 złote.

Chłopak zniknął w drugim pomieszczeniu. Widziałam, że wrzuca moje zdjęcia na jakiś program, przez 5 minut coś tam grzebał. Po chwili pryszedł i mówi

- Wydrukowałem jeszcze tak, jak zazwyczaj drukujemy zdjęcia do dyplomu. Wie pani co...  fotografia umiera. Niedługo będziemy jak szewcy. Ja znam te wymiary na pamięć. I podnosząc żeliwne, ciężkie narzędzie do wycinania małych prostokącików, mówił

- O, to proszę pani, jest do legitymacji szkolnej. Podniósł kolejne z innym kolorem rękojeści
- O, a to proszę na przykład- do dowodu. Ja to znam. Ja to wiem na pamięć. Ale i tak wymrzemy. - powiedział smutnym głosem, bez nuty nawet pretensji. Poszedł na zaplecze.

Wrócił po chwili,  trzymając w ręku cztery odbitki, na każdej po dwa zdjęcia wyśrodkowane, nie tak jak ja ustawiłam przed przyjściem. Porozcinał je na jakimś programie i wydrukował zdjęcia, tak jak zazwyczaj drukuje je do dyplomu. Zatkało mnie. Stałam bez słowa a on wyciągnął gilotynkę i przycinał srebrzystym ostrzem, zdjęcie do odpowiednich wymiarów.

- Coraz więcej osób robi jak pani. Coraz więcej osób ma dostęp do aparatu, do programów. Może i to ma sens, po co 40 złotych wydawać? Bo tyle, wie Pani, kosztują u nas zdjęcia do dyplomu. Po co 40,  jak można dwa złote zapłacić. - zaczął wkładać zdjęcia do specjalnej małej, śnieżnobiałej koperty, trzymając je za krawędzie, żeby nie zostawić na papierze fotograficznym linii papilarnych.
- Wydrukowałem tak, bo to z przywyczajenia, i wiadomo będzie że dobrze. - cisza - Może powinniśmy zmienić ceny? - kontynuował monolog - ale też nie ma jak bo takie są standardy w całej Polsce, nie możemy ich zmieniać jako zakład to by było nie w porządku wobec innych zakładów.  I po chwili ciszy - znów to samo - My wymrzemy. 

Podał mi kopertę, a na ladzie połyskiwała dwuzłotówka wypolerowana przez moją kieszeń. I NAGLE WYLECIAŁY ZE MNIE SŁOWA. Próbowałam coś mówić, że może trzeba skupić się na fanatykach którzy kochają fotografię analogową i jako eksperci kolekcjonować i sprzedawać sprzęt. Czułam, że się pogrążam -To może ja zapłacę więcej? - dodałam na koniec, ale on już nic nie odpowiedział.

Do czego ten świat dąży. Czemu ja tu stoję i jestem oprawcą? Ale ze mnie kapitalistyczna, bezczelna świnia - pomyślałam. Rozumiałam go i nie wiedziałam co mogę zrobić. A osiem beznamiętnych moich twarzy w moim plecaku, prześwietlało materiał i patrzyło mi prosto w oczy chcąc wzbudzić we mnie jeszcze większe wyrzuty sumienia.



środa, 13 grudnia 2017

Loesje

"Jeśli pieniądze to wolność -
Czemu wiatr nie ma kieszeni?"

Loesje