piątek, 17 marca 2017

"Każdy ma serce, a więc każdy może go posłuchac" M. Musierowicz

Zbieram się do napisania długiej notatki. W przeciągu tego roku już kilka takich miałam w planach. (najpierw odkrywanie z Sewerynem Włoch, potem winobranie we Francji i wysokie alpy w ktróych przywitałam jesień, potem moja i Kazika podróż i zauroczenie się dobytkiem filmowym Kieślowskiego, kolejne wywołane klisze).  Niestety, próby kończyły się na pomyśle w głowie i kilku zdaniach na papierze. Największy problem jest w tym że nienawidzę otwierać komputera. Od kiedy zamknęłam go po drugiej obronie, otworzyłam go dosłownie kilka razy. Myślę, że nie więcej niż mam palców w obu dłoniach. (A te obrony to ja chyba miałam ponad rok temu, dwa?) Fizycznie odczuwam, że mi niedobrze. Chce mi się wymiotować. Męczy mnie sama myśl ślęczenia przed kompem i jego niebieskim światłem. Usunięcie fejsbuka i wyrzucenie ze swojego życia komputera były najlepszymi decyzjami ubiegłego roku (w odróżnieniu do decyzji obcięcia głowy na zapałkę). Informacje i media załatwiam na smartfonie albo przy okazji jak ktoś obok ma otwarty komputer. Ale lubiłam wysyłać te myśli w wirtualny świat na bloga. Chciałabym nadal, od czasu do czasu znaleźć na to czas. Myślę, że nie zdążę dziś wrzucić tej konkretnej notatki ale mam inny szybki impuls, którym chciałabym się podzielić. Po męczącym dniu w pracy,  dzwoniłam do wszystkich. Zaraz, nie teraz, później, potem. Wsiadłam więc na rower Kaśki, który zostawiła mi pod Talerzykiem, po drodze zahaczyłam o piekarnię w której kupiłam sobie dwadzieścia deko twarogowych mini-pączków (podobno w Radomiu - "kasztanków") . Nie zdejmując butów, wzięłam oszczędności z biurka - w sumie prawie 30 złotych. Wystarczy. Nakarmiłam koty i wybiegłam. O 17:20 miałam seans. Po raz pierwszy w życiu w kinie byłam sama.

Nie wiem jak to się stalo, że wcześniej mi to umknęło."Prowadź swój pług przez kości umarłych" to jedna z moich ulubionych książek.  Pokochałam książki Tokarczuk w klasie maturalnej jak Basia mi podrzuciła "Prawiek i inne czasy", który ona połknęła w jedną noc. Potem był "Dom dzienny, dom nocny", który Basi mama wzięła z biblioteki i już poszło, i tak ze 4 lata temu na pewno - natrafiłam na "prowadź swój pług". Moja mama pożyczyła od Bożeny- swojej przyjaciółki. Bo zobaczyła nazwisko, pamiętała że ją lubię. (Pamiętam ten egzemplarz. Ksiązka była wygięta w specyficzny sposób - jak ją czytała musiała zawijać kartki do tyłu, jak w gazecie.) Potem książkę podrzuciłam mamie, a z dwa lata później, kupiłam ją Kaśce pod choinkę. Nawet w to Boże Narodzenie, myślałam, że chciałabym kupić mojemu bratu jakąś "moją" książkę. Żeby zobaczył troche świat mojej wyobraźni, to co mnie kręci w literaturze, mimo, że jego świat leży na innym biegunie. I pomyślałam, właśnie o "Prowadź...", że to idealny środek pomiędzy jego a moim światem. Że w tej magicznej obyczajowej codzienności jest ta akcja i zagadka. I żałuję, że zrezygnowałam z tego pomyslu, bo chciałabym, żeby Marcin najpierw przeczytał książkę, która jest zdecydowanie lepszą pozycją niż film. Ale film też. Siedziałam w kinie, śmiałam się i płakałam. Kilka razy. I bardzo mi się podoba ten obraz. Te lasy.Te mocne sceny. To przecież tak wygląda. I znam tez ludzi, którzy są prawie identyczni. I jak Duszejko, i jak ta druga- zła strona. Nie wiem jak to się stało, że mi to umknęło. Umknęło mi to, że "Pokot" film, stworzony w oparciu o jedną z moich ulubionych książek jest w produkcji. Jak usłyszałam miesiąc temu w radio, że lada dzień premiera, zadzwoniłam do mamy - ona już wiedziała.  Nie chcę analizować. Podsumowując chcę polecić. Ale preferuję kolejność: książka a film dopiero potem jako sentymentalny powrót do tego świata. I polecam pójść czasem do kina samemu.


(Czytajmy książki, żeby zdążyć przed adaptacjami filmowymi, wtedy tego co widzieliśmy w głowie nikt nam nie zabierze!


Ps. To prawda.)

piątek, 6 maja 2016

pomajówkowe medytacje.

Po powrocie z długiego weekendu ze Lwowa nie mogę przestać myśleć o tym, że chciałabym tam przez chwilę pomieszkać. Wynająć mieszkanie na miesiąc za pieniądze zarobione w wakacje i sobie lekko pożyć.  Tam mimo całego gwaru dużego europejskiego miasta ( bo tak, Lwów to wbrew pozorom duże europejskie miasto) jest tak płynnie, zielono i spokojnie. Jest tak prawdziwiej. Ciągle słyszysz wiatr i ten śpiewny język. Ciągle myślę o tej knajpce, w której nie udało nam się w końcu siąść. Po całym dniu maszerowania zakończonym  poszukiwaniami cmentarza orląt lwowskich, szukaliśmy knajpki w której moglibyśmy siąść, zjeść i napić się zasłużonego piwa. Knajpka o której piszę znajdowała się w obrębie starego miasta i mieściła się na końcu ślepej uliczki wypełnionej kawiarenkami i restauracjami. Było tam gwarno i głośno. Noc była ciepła. Poczułam się jakbym była na południu Europy. Może Chorwacja, może Włochy. Dwa stoły stały przy kamiennym murze.  Z nad głów ucztujących wisiały dwa żyrandole. Po jednym na stół. Tak właśnie wyobrażam sobie patio włoskiego wiejskiego domu. To nie miało nic wspólnego z modnymi knajpkami powstającymi teraz na terenie europy na pęczki. To był miks lubelskiej jezuickiej i zielonego talerzyka. A wszystko to wnioskuje po dwóch topornych drewnianych stołach, białym kamiennym murze i dwóch wiszących lampach. W głowie dorysowuje sobie kościelną świece na środku każdego stołu. Butelkę jakiegoś pysznego alkoholu i talerze w nieładzie. Ciągle myślę, że w najbliższym czasie chciałabym tam wrócić i siąść przy tym stole. Chciałabym wynająć pokój na miesiąc. Tam na pewno nie kosztowałoby to dużo. Życie tam jest na prawdę tanie. Chciałabym wynająć pokój w takiej lokalizacji jak teraz mam w Lublinie. Jakaś boczna uliczka ścisłego centrum. Chciałabym mieć balkon, na którym można jeść śniadanie i pić poranną kawę. Spędzać wieczory z nowymi poznanymi tam przyjaciółmi. Zapisałabym się tam na miesięczny kurs jogi i codziennie rano witałabym słońce balansem i medytacją. Byłby wrzesień. Wczesna jesień. Moja ulubiona pora roku. Przyjechaliby do mnie rodzice z wujkiem Waldkiem i ciocią Ulą. Czuję, że poczuli by to miasto. Przyjechaliby moi bliscy. Moi przyjaciele. Przyjechałaby Basia. Boże jak ja za nią tęsknie! Przyjechałaby babcia Marysia. Jestem coraz rzadziej w domu rodzinnym i coraz częściej myślę o tym, że tęsknie za rodziną i że potrzebuję pokazać im swój świat. Oni wszyscy przecież myślą, że jak nie pracuję w zawodzie i nie szukam poważnej pracy, jak nie chodzę w pełnym makijażu i małej torebce, to znaczy, że coś mi w życiu poszło nie tak. Że mam 26 lat, a mieszkam ze znajomymi i na razie nie myślę o założeniu rodziny. Chciałabym im pokazać jakim Lublin jest miastem. W jak artystycznej śmietance Lublina się obracam. Ile tu obrazów i pięknej muzyki. Ile śniadań, obiadów i kolacji z przyjaciółmi. Jaki Seweryn jest dobry i jak Kazikowi świecą się oczy. Jak Kamila przynosi śniadanie i jak wszyscy witają mnie jak przychodzę do Lulu. Jak chodzimy do talerzyka na Jam Session. Jaki tam jest klimat i jacy ci ludzie są zdolni. A to przecież moi znajomi. Jak słońce wpada do kuchni rano. Jak jeździmy z Sewerynem na wieś. Do Natalii, Karoliny, Kosmy i Kacpra. Rowerem lub autem. Jak tam jest inspirująco. I że na prawdę mam życie jak bohaterka książki, którą każdy lubi. Że marze o podróżach. Marzę o tym Lwowie i marzę o francuskich i włoskich drogach. Żeby je przemierzać i poznawać. W przeciągu ostatniego pół roku obroniłam dwie prace dyplomowe. Miesiąc temu skończyłam z dwoma tytułami swoją przygodę, ze studiami. Jest tyle rzeczy do zrobienia. Otaczam się tak wspaniałymi ludźmi. Tak, to takimi drogami właśnie przemierza wędrówka moich myśli, gdy próbuję skupić się tylko i wyłącznie na ćwiczeniu podczas zajęć. Praktykuje jogę od dwóch miesięcy i okropnie się zafiksowałam na tym punkcie. Moje nowe fju-bździu. No i Marysia. Jaka ona jest dzielna. Ciągle o niej myślę a nie widziałam jeszcze jej maleństwa. Ale ciągle jest tyle do zrobienia mimo tego przyjemnego leniwego życia.

środa, 17 lutego 2016

No i ruszył. Pociąg do Lublina. Siedzę po turecku w wagonie z 5 innymi osobami i zaczynamy wspólną podróż. Zwiazałam włosy w niedbałą cebulkę, zdjełam trzewiki a na kolanach położyłam książkę. Zaczęłam czytać. Jazda pociagiem jest dla mnie jednak zawsze tak romantyczna, że w głowie same układały mi sie zdania i postanowiłam je pozapisywać. A więc zaczęliśmy tę wspólną podróż. Nikt się nie odzywa. Sytuacja 4 na 2. Cztery osoby czytają dwie siedzą w słuchawkach. Przy oknie na przeciwko mnie siedzi nastolatka przy kości z pryszczami i fioletowym słuchawkami na uszach. Głowę opiera o garstkę ręki opartej na stoliku . Usypia. Obok niej miejsce wolne dalej czysciutki elegancki szpakowaty pan z brzuszkiem. Ubrany monochromatycznie nie podnosi oczu z nad Kindla. Czyta. Obok niego od strony szybki na korytarz typowa lubelska albo kielecka studentka. Jest zamyslona ale domyślić się możemy że również "pozytywnie zakręcona" . Ma ombre hair, okulary w grubej oprawce, ajlajner na oczach i filcową torbę z folkowymi motywami. Na jej kolanach spoczywają podkreślone neonowymi mazakami kserowki a ona stuka po cichu w szybke do rudego chłopca spacerujacego z mamą po korytarzu. Na przeciwko ja a obok mnie wolne miejsce które teraz zajmuje torebka Pierre cardin z wlosiastym pomponem przyczepionym do niego. Obrzydlistwo. Nalezy do lesby jak mniemam o białych rozwichrzonych krotkich włosach i białej karnacji. Mruży oczy zza kolorowych oprawek do czerwonego smartfona ktorego trzyma dwoma rekami przy samym nosie (pozwala mi to stwierdzić nie bylejaką wadę wzroku.) Guziczki opietej koszuli (koloru policyjnego błękitu) zaraz nad klamrą paska od sponi ledwo utrzymują skrawki materialu pokazujac współtowarzyszom drogi fragment (równie białego jak jej wlosy) sflaczałego brzucha. Kilkakrotnie rytualnie otwiera pokrowiec na swoje duże markowe, tym razem niebieskie, słuchawki i przypina je do swojego sprzętu rtv i agd zeby zaraz rownie rytualnie znow je wlozyc do sztywnego pokrowca. Co rusz przerywa ciszę panującą w przedziale donośnym i modnie zmęczonym glosem oznajmiajac komunikat bez uprzedniego cześć, przepraszam czy pocałuj mnie w dupę i dopiero po chwili jest jasne ze prowadzi rozmowe telefoniczną. Ciężko mi określić jej wiek. Może mieć i 16 i 33 lata. Złota kłódka z szerokim łańcuchem na piersi wskazywalaby na 16. Głos maniera i drogie gadżety na 33. Ale kto ją wie.  Dalej Pan którego twrazy nie widzę - bo zasłania go dama obok - czyta. Sądząc po zalanej krwią okładce skandynawski kryminał którego autorem okazuje sie być Marek Krajewski. Ja pochrzakując i wciągajac co rusz powietrze nosem pewnie okropnie ich denerwuje bo na domiar złego zdjełam buty i ciągle się im przyglądam. Poczytam.

poniedziałek, 15 lutego 2016