piątek, 28 grudnia 2012

Stresujące przeżycie.

Dziesięć dni temu, wzięłam udział w pewnym wydarzeniu. Zostałam o to poproszona przez Amelkę, moją bliską koleżankę już podczas moich urodzin. W listopadzie. Amelia w ramach jakiegoś zaliczenia miała z ludźmi z roku zorganizować imprezę. Wymiana ubrań, profesjonalny fotograf, sesje zdjęciowe i takie tam. W programie była jeszcze niemała atrakcja  - rozmowa z jedną z lubelskich blogerek - ze mną. *ZAPADA SIĘ ZE WSTYDU POD ZIEMIĘ*.

Wstydziłam się okropnie, ponieważ uważam że na moim miejscu mogłoby się znaleźć mnóstwo bardziej odpowiednich osób. Stało się. Stresowałam się, gubiłam język, plotłam jakieś głupotki ale było minęło. Mam tylko nadzieję, że nie zrobiłam dziewczynom organizującym imprezę wstydu. bo z tego stresu sama już nawet nie pamiętam jakie farmazony plotłam. Jak ktoś, kto tam był czyta to teraz - przepraszam za brak profesjonalizmu!

źródło zdjęć

 







poniedziałek, 17 grudnia 2012

wtorek, 11 grudnia 2012

piętnastego listopada miałam urodziny


A w dzień po imprezie labowaliśmy w domu. Leon na przykład na piecu.




Babeczka od Edytki i Madzi.

Babeczka od Nadii, która smakowała Leonardowi : )



Inne piękne prezenty. Reszta rzeczy leżała już na półce w łazience, albo na półce w kuchni. W tym roku dostałam całą masę pięknych rzeczy. O MAMO! Jak ja uwielbiam prezenty! (kto nie uwielbia?)


Babeczka Ady.




(taki kalendarz można dostać -tu-)



Kawa na obudzenie się.


Chłopaki jak to chłopaki - grali  na plejstejszyn.




A my, z Basią piłyśmy sok marchwiowy i w końcu wylądowałyśmy w Cafe Lulu : ), gdzie wrzuciłyśmy życzenie do słoiczka i.. spełniło się!;*


 

♥

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Chris Isaak - Wicked Game.

Ktoś wrzucił na fejsbuka, a ja  słucham. Już któryś raz z rzędu. Bardzo lubię tę piosenkę.

Jest nagrzane więc w mieszkaniu mamy 14,5 stopnia Celcjusza. Jak jest nagrzane żeliwnym piecem stojącym na środku pokoju. Wielką krową.  Z ust i tak leci para. ZIMNO. Wiem, ale można się przyzwyczaić. Leon służy za dodatkowy darmowy, mruczący termofor. Śpimy w grubych pidżamach i pod dodatkowymi kocami, w miluśkich ciepłych skarpetach. W dzień po mieszkaniu chodzę w polarowym kombinezonie w śnieżynki i robię często ciepłą herbatę. Tak jak pisałam Można się przyzwyczaić. Niedawno zaczęła się jedna z moich ulubionych pór roku! (Jedna z czterech! ;-D) Na dworze jest przepięknie. Padający śnieg sprawia, że chce mi się żyć. Chce mi się rano zjeść ładne śniadanie i wypić ciepłą herbatkę. Chce mi się ubrać podwójne skarpetki, majtki które na gumce mają brokatową czcionką napisane "I'm dreaming for a white christmas", śliczny sweter i czapkę z pomponem. Uwielbiam się patrzeć przez okno jak pada śnieg. No po prostu uwielbiam. (Leon ma to po mnie) I mimo, że troszkę nie wyrabiam na dwóch kierunkach (to jest chyba opcja dla osób bardziej poukładanych, odpowiedzialnych i przede wszystkim MĄDRZEJSZYCH (!) ode mnie! Ale staram się i nie poddaję!), terminy mnie gonią, a tygodnie mijają bez opamiętania. Ja wciąż nie mam tematu pracy magisterskiej, z tygodnia na tydzień mam coraz więcej zaległych rysunków do oddania i coraz więcej nieobecności na tak zwanych "wykładach obowiązkowych" a moje życie towarzyske trochę kuleję. To (przypominam że myśl zaczynała się od "I mimo...") mam bardzo dużo energii i chęci. Zaczęłam pić stuprocetowy sok pomarańczowy na śniadanie i kawę mieloną, po zajęciach chodzę do Natalii do Lulu, na gorącą herbatę, poplotkować na ekstra-babskie tematy i w końcu wrócić umierając z zimna, odprowadzając Natalię na nocny, zostać skuszoną przez okropny Makdonalds i strefę niskich cen, wpisać kod do klatki, otworzyć drzwi  przytulić się do moich chłopaków czekających w ciepłej flanelowej pościelce w renifery.

Teraz siedzę z kieliszkiem białego wytrawnego wina, zdjęłam Leona z pieca (żeby się nie roztopił!), włączyłam sobie po raz pierwszy w tym roku świąteczną płytę She&Him. Takie tam leniwe zimowe życie.